Czar niedzielnego poranka
20.06.2011.

Niedzielny poranek... pamiętam go jak dziś, był jak zapach świeżo parzonej kawy przed laty, wypitej teraz jednym duszkiem. Łóżko niechętnie zwlekło się ze mnie, szepcząc: Spadaj, maleńki. Pełen poczucia własnej wartości, dumnie potoczyłem się do łazienki. Stojąc przed lustrem ostrożnie otworzyłem oczy i ze zdumieniem zauważyłem, że są już otwarte. Zaskoczony, a zarazem speszony tym faktem, więcej już tam nie zerkałem - nie to, żebym się bał, ale jak to mówią: „lustro ma wielkie oczy”... no czy jakoś tak - a to, miało bardzo małe. Pochyliwszy się nad umywalką, metodą prób i błędów bardzo sprawnie poradziłem sobie z kombinacją kurka kranu. Łącząc z nim chciwie usta niczym kochanek, zatraciłem się, a czas, czas przestał dla nas istnieć. Ten subtelny akt przerwała napływająca gorąca woda - przeklęte kurki...dwa...a cztery kombinacje! - Ale nic to, powiedziałem sobie - spokojnie Maniuś! - Żaden wygięty kran nie zepsuje ci tak prosto humoru” i pogwizdując rzuciłem szydercze spojrzenie na tą nędzną armaturę. Postanowiłem poszukać kuchni... Ech, to współczesne budownictwo! Niby kawalerka, a rano ciągle to samo - nie mogę jej znaleźć. Za każdym razem szukam nowej, sprytniejszej metody zlokalizowania kuchni, kiedyś nawet namalowałem strzałki, ale zaczęli mi się po pokoju kręcić jacyś harcerze, gdy do tego doszła jeszcze trąbka i te poranne apele, moja tolerancja się skończyła i je pościerałem. Postanowiłem wypróbować nową metodę – łapkami, zegarowo po ściance – aż trafię na drzwi, sprawdzę co za nimi się kryje, jeżeli nie te to dalej – prawoskrętnie, aż do skutku. Do pierwszych drzwi dotarłem po około czterdziestu pięciu (plus/ minus 21) szerokościach dłoni, ale szybko je zamknąłem bo była jakaś narada, następne drzwi okazały się znowu łazienką, za kolejnymi był akurat mecz koszykówki. Kuchnię znalazłem dopiero przy szesnastych drzwiach, co gorsza to chyba nie była moja kuchnia, jakaś taka mała, ciemna i ciasna - widocznie znowu ktoś zapomniał na noc zamknąć drzwi od mojego mieszkania. Nagle kieszeń pidżamy, mącąc sielankowy nastrój niedzielnego poranka zaczęły przeszywać grzmoty dzwoniącej komórki, po sile sygnału wiedziałem, że to mój kochany aniołek – Lusia, mimo to odebrałem - w końcu jestem facetem, twardym i z honorem! - Wiedziałam, że na dwa dni nie można cię zostawić samego w mieszkaniu, dlatego wróciłam od mamy dzień wcześniej i co zastaję?! Jeden wielki syf w domu! Pranie nie zrobione, okna nie umyte, ubrania nie poprasowane, zlew w kuchni przekrzywiony, w sypialni nawet łóżko przewrócone do góry nogami. Gdzie ty durniu jeden do cholery jesteś?! Powyrywam ci padalcu wszystkie pióra z głowy jak wrócisz! - Ależ aniołku mój śnieżnobiały, gołąbeczko najmilsza, moja ario poranna, jestem w domuniu, siedzę sobie cichuteńko w kucheneczce i czekam przezornie już dziś chmurko ulotna, mój ty śpiewie słowika na twój powrót. - Masz mnie za kretynkę, ty oślizły rudy karle? Jestem właśnie w kuchni! - Skarbeńku mój najsłodszy, tęczo najbarwniejsza, przysięgam ci! Jestem kruszynko w kuchniusi.... Sprawdzałaś wszystkie drzwiczunie?.... A te od szafuni pod tym przekrzywionym zlewuniem też? Autor: Alma Triste 2011

Więcej: http://www.humor.sadurski.com/Satyra/Teksty_humor/14/7809/0/.