Więcej ikry i#8211; mniej mimikry!
30.03.2011.

W jednym z e-maili, jakie przyniosła redakcyjna poczta, przeczytałem swoistą ocenę, czy może raczej pospieszną diagnozę przyczyn, wiecznie nurtujących nas – jako naród – problemów. Z tym, że winą za nieudolnie pokonywane „wiraże”, rodzime zapaści i kryzysy, obarcza się posiadane przez naszą nację „specjalne” cechy charakteru, składa na karb mentalności i ułomnego – a właściwego nam – światoodczucia, spotykam się od dość dawna. Natomiast z niemałym zdziwieniem dowiedziałem się z listu, że źródeł choroby należy upatrywać w tym, że „każdy z osobna ma swoje zdanie i gotów go bronić do upadłego”. Tak więc – „od młodych lat należy uczyć podporządkowywania się, bo gdy zjednoczy się myśli, słowa i czyny – naśladując przy tym najlepszych – znikną troski, kłopoty, kryzysy” itp., itd. Można oczywiście skwitować wywód autorki, że chorobą, która toczy nasze społeczeństwo, jest tendencja do mnożenia jakże uproszczonych, pośpiesznych diagnoz. Nie zamierzam polemizować z prawdami objawionymi w liście. Zaciekawia mnie tylko, jak różnie pojmujemy proces wzrastania i zyskiwania świadomości. Do dziś bowiem dźwięczą mi w uszach słowa Norwida o tym, że „my Polacy nie umiemy się właśnie różnić pięknie i mocno”. I nie chodzi tu bynajmniej o kłótnie czy miłości (patrz za Rejem: „Ksiądz pana wini, pan Księdza, / A nam prostym zewsząd nędza…”) , które od czasu do czasu ogarniają nas wszystkich – tylko o umiejętne, jasne, precyzyjne i g o d n e określenie własnych pozycji, własnych stanowisk ku potędze i jedności nas wszystkich. A tak – złorzecząc i zawzięcie się kłócąc (w sosie „schamienia rozsianego”) - mamy tylko usta pełne sloganów i naprędce głoszonych prawd moralnych „przykrojonych na miarę”, gdy tymczasem totalnie zaprzeczamy im w naszej egzystencji fizycznej! Powtórzmy: głoszone prawdy moralne różnią się od naszej egzystencji fizycznej! Zbyt często właśnie pragniemy się za wszelką cenę przypodobać, podobać, naśladować, dostosować, dopasować – cali w lansadach i „podlizach tyłków namszczonych” przez różnego autoramentu UKŁADY, kumplostwo, kolesiostwo, gdzie manus manum lawat… (rąsia rąsię myje)! – wyłączając tym samym nasz zmysł krytyczny w stosunku do siebie samego, czy też coraz bardziej otaczającej nas rzeczywistości. Stajemy się bezkrytyczni, postępujemy po najmniejszej linii oporu; odpowiedzialność za ewentualne, potencjalne błędy i wypaczenia, czy też zmylenie drogi zrzucamy na przewodnika stada. Oduczamy się myśleć, bo myślą za nas; oduczamy się mieć własne zdanie, bo funkcjonuje „zdanie oficjalne” – sygnowane przez prężnych i potężnych… Nie bez kozery ktoś ze światłych Polaków wyznał: „Ze wszystkich dóbr tego świata najchętniej zrzeka się człowiek dobrodziejstwa własnych myśli”. Ano właśnie! My zaś tak lubimy „podłączać się…” i naśladować, skandować hasła zawczasu przygotowane, przymilać się, robić sobie fotki z….; słowem – aprobować. Godzimy się z przyjętą konwencją określającą kondycję „miernego, ale wiernego” i… jakże często budzimy się z ręką w nocniku. Nasza historia jest historią „SZTUKI PODOBANIA SIĘ” – w szerokim tego sformułowania znaczeniu. W mych rozmyślaniach pomógł był mi zapisek z brulionu, którego autorem jest Antoine de Saint-Exupery: „ Nie mają racji ci, którzy chcą się podobać. Aby się podobać, dają się bowiem powodować i prowadzić. I z góry uprzedzają pragnienia innych! I gotowi są do każdej zdrady, ażeby tylko wciąż odpowiadać cudzym życzeniom. Ale na co mi takie meduzy, pozbawione kośćca i kształtu? Wyrzucę je z ust moich i odeślę w mglisty pół-byt: przyjdźcie, kiedy nabierzecie formy. Nawet kobiety są znużone człowiekiem kochającym, który na dowód miłości godzi się na rolę echa i zwierciadła – nikt bowiem nie potrzebuje odbicia własnego obrazu. Ja zaś potrzebuję CZŁOWIEKA, który jest budowlą i fortecą, a we wnętrzu – twardym jądrem”. (…) Jakże innego wymiaru i wyrazu nabierają w takim oświetleniu nasze – i każdego z osobna – problemy egzystencji. Taak, przydałoby się w miejsce pustej pompatyczności – więcej Człowieczeństwa! Więcej ikry – mniej mimikry!!! Utrwalmy to sobie i skonstatujmy raz jeszcze za autorem „Twierdzy” i „Małego księcia”, że nie sposób dostrzec wzniosłości w grze, jeśli kości do gry niczego nie wyobrażają... Przypomnijmy, że NIE naszym problemem jest, a fatalnością kameleonów – jak zwykł był mawiać Kazimierz Przerwa-Tetmajer – że umiejąc zmieniać barwę, nie potrafią zmieniać kształtu. Przecież: Polak potrafi!... A zatem: więcej ikry – mniej mimikry; więcej ikry. Autor: Marek Różycki jr

Więcej: http://www.humor.sadurski.com/Satyra/Teksty_satyra_i_polityka/15/7712/0/.